Translate my blog

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Demis Roussos

Smutno. Nie po raz pierwszy w tym roku.

Wczoraj (25 stycznia) zmarł Demis Roussos – jeden z największych greckich artystów (choć urodzony w Egipcie, skąd emigrował). Zyskał popularność u boku Vangelisa. Później już prowadził solową karierę.


Muzyka, jaką tworzył, to głównie pop, ale też elektronika i folk (zwykle wplatany umiejętnie w popowe utwory). Utwory jego autorstwa nie były może ambitne, bo zwykle opierały się na prostym bicie i łatwej, chwytliwej melodii. Czasem wszystko zakrawało wręcz o kicz, ale… we mnie wzbudzał ogromną sympatię.

Demis Roussos kilkakrotnie występował w Polsce (m.in. w Sopocie i Zgorzelcu). Zwykle śpiewał z playbacku.

Ostatnią płytę nagrał w 2009 roku. No cóż, Goodbye, my love, goodbye! 


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Najbardziej depresyjny dzień i piosenka samobójców

Właśnie dzień dzisiejszy – poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia – uznawany jest za najbardziej depresyjny dzień w roku i nazywany Blue Monday. Nazwa oraz sam pomysł wyznaczenia tego dnia są autorstwa niejakiego Cliffa Arnalla – brytyjskiego psychologa. Opracował on nawet specjalny wzór, który określa konkretny dzień danego roku, a składnikami owego algorytmu są:

- pogoda (W)
- dług, debet (D)
- miesięczne wynagrodzenie (d)
- czas od Bożego Narodzenia (T)
- niedotrzymanie postanowień noworocznych (Q)
- niski poziom motywacji (M)
- poczucie konieczności podjęcia działań (Na)



Termin ten (Blue Monday) nigdy nie został uznany za wiarygodny z naukowego punktu widzenia. Sama idea wyznaczenia takiego dnia była szeroko krytykowana w środowisku psychologów i naukowców. Może i naukowcy mieli rację, ale… coś jest na rzeczy, nieprawdaż? Najbardziej depresyjny dzień w roku właśnie trwa...

            Jeśli w depresyjnych klimatach już siedzimy, postanowiłem odnieść to do muzyki. A nic nie będzie tak depresyjne jak… Piosenka Samobójców!


Gloomy Sunday- piosenka skomponowana w roku 1933 przez pewnego Węgra. Właśnie w jego państwie utwór ten wywołał falę ponad stu samobójstw. Później wieść o nim się rozniosła i zdobył większą popularność na świecie. Co za tym idzie liczba samobójstw dokonywany pod wpływem tegoż utworu znacznie wzrosła. W Stanach nazwaną ją Węgierską piosenką samobójców, a głównym jej propagatorem została Billie Holiday.

Gloomy Sunday doczekała się wielu interpretacji przeróżnych artystów, np. Bjork, Ray Charles czy Emilie Autumn.
  

Mówi się, że polskim odpowiednikiem Gloomy Sunday jest To ostatnia niedziela – utwór, który zyskał miano tanga samobójców a najsłynniejszym jego wykonawcą był Mieczysław Fogg .




czwartek, 15 stycznia 2015

Jason Becker - mój mentor

Jason Becker to postać wielka i przeze mnie uwielbiana, a jednocześnie tak mało znana szerszemu gronu nawet bardziej zaawansowanych melomanów… Tak być nie powinno! Dlaczego? Dlatego, że mowa tutaj o jednym z gitarzystów wszech czasów! Wstydźcie się wszyscy, którym to nazwisko nic nie mówi! Jednocześnie cieszcie się, bo po przeczytaniu tego artykułu, będziecie znali mistrza gitary. Mistrza raczej przez duże ‘M’!



Darujcie ten luźny wstęp (trochę się podenerwowałem).

Jason Becker urodził się w roku 1969 w Kalifornii. Po 20 latach zachorował na nieuleczalną chorobę. Po 25 latach był już całkowicie sparaliżowany i niemy. – Tak można by opisać jego życiorys, gdyby nigdy nie wziął w ręce gitary.


Mając 8 lat Jason zadeklarował, że gitara będzie całym jego życiem. Tak też się stało. Początkowo lekcji udzielał mu jego ojciec. Po około 4 latach (Jason miał wtedy 12 lat), ojciec uznał, że uczeń przerósł swojego mistrza i że on sam potrzebuje teraz lekcji od syna. W wieku 18 lat miał już na koncie 3 płyty, a dwa lata później nagrywał już album z niejakim Davidem Lee Rothem (byłym wokalistą zespołu Van Halen). Warto dodać, że zastąpił samego Steve’a Vaia, a wcześniej w owym zespole posadę gitarzysty dzierżył Eddie Van Halen. Niestety podczas nagrywania tejże właśnie płyty u Jasona zdiagnozowano stwardnienie zanikowe boczne, a postępująca choroba utrudniała mu każdą czynność życiową. Nie potrafił już utrzymać w rękach gitary (specjalnie dla nagrania założył cieńsze struny – wymagały mniejszego użycia siły nacisku) i nie wyruszył z resztą muzyków w trasę promującą nagranie.


Kultowa już stała się historia o tym, że Jason zagrał utwór skomponowany przez Paganiniego (skrzypka, też warto znać) o tytule „Kaprys 24”. Wcześniej nikt go nie zagrał na gitarze, a wielki wirtuoz Yngwie Malmsteen stwierdził, że jest to po prostu niemożliwe. Oto nagranie (niestety w sieci nie ma video):



Aktualnie Jason porusza się na specjalnym wózku inwalidzkim. Pozostał jednak czynnym kompozytorem! Za pomocą specjalnego urządzenia (sterowanego ruchem gałek ocznych), które skonstruował jego ojciec, porozumiewa się ze światem i jest w stanie komponować muzykę na komputerze. Oczywiście robi to! Jednak nigdy nie będzie już to muzyka grana na żywo przez niego samego…


W roku 2004 Jason Becker znalazł się na liście najlepszych gitarzystów wszechczasów według magazynu Rolling Stone. W 2012r. powstał film dokumentalny pt. „Jason Becker. Ciągle żywy”.

Ludzie często zadają sobie pytania typu "jak grałby teraz, gdyby był w stanie?" No właśnie... Na to trudno odpowiedzieć. Ale mam też pewną informację, mianowicie każdy, kto teraz się z nim spotka, a potrafi cokolwiek zagrać, Jason zawsze prosi, żeby mu coś zagrać na używanej kiedyś przez niego gitarze. Zatem widać, że miłość do muzyki nie umarła i pewnie nigdy nie umrze.

Na koniec jedno z nielicznych dostępnych nagrań. Jason tutaj również gra Paganiniego.


niedziela, 4 stycznia 2015

Top Wszech Czasów bez niespodzianek


1 stycznia roku 2015 Program Trzeci Polskiego Radia opublikował już po raz dwudziesty pierwszy „Top Wszech Czasów” – listę najlepszych utworów wybieranych poprzez specjalne głosowanie. A głosować może każdy (na stronie internetowej Trójki)!


W ubiegłym roku, bo ten okres był brany pod uwagę, głosujących było prawie 26 tysięcy i każdy mógł oddać głos na 50 wybranych przez siebie utworów (polskich i zagranicznych). 

Już po raz dziewiąty wygrał utwór zespołu Dire Straits pt. Brothers in Arms. Tym samym pobił rekord, bo choć z ośmioma zwycięstwami zajmował również pierwsze miejsce, to jednak ex aequo ze Stairway to Heaven Led Zeppelin.




Oto pierwsza dziesiątka zestawienia:
1.      Dire Straits – Brothers in Arms
2.       Led Zeppelin – Sairway to Heaven
3.      Archive – Again
4.      Deep Purple – Child in Time
5.      Queen – Bohemian Rhapsody
6.      The Doors – Riders on the Storm
7.      Pink Floyd – Wish You Were Here
8.      King Crimson – Epitaph
9.      John Lennon – Imagine
10.  Metallica – Nothing Else Matters

Warto dodać, że najwyżej z polskich utworów uplasował się Dziwny jest ten świat Czesława Niemena - zajął 13. miejsce. W przeszłości polskie utwory „stawały” nawet na podium (np. 51 - TSA czy Autobiografia - Perfect).

piątek, 26 grudnia 2014

Wampir, artysta, osobowość...

Wyobraźcie sobie dom w którym jest to wszystko, co tu widać – sprzęt akustyczny, wizyjny…  Co z tego, że to wszystko, ku*wa, tu stoi, jeżeli to jest martwe, bo nie ma prądu! I na co mi to wszystko? W dupę to rozbić, bo nie ma tego prądu, czyli nie ma tego, co ja chciałem mieć w życiu. Czyli szczęśliwej miłości - nazwijmy to bardziej prymitywnymi słowami.

Uciekam od tego świata, bo zaczynam uważać, że ten świat jest troszeczkę inny. Może ja mam inną duszę, może powinienem żyć w innej epoce. Może ja nie pasuję do tej epoki. Może ja nie czuję tych ludzi. Jeżeli ja mam znowu wyjść z tej swojej skorupy, wystawić tę rękę na zewnątrz i od razu mi ją obetną, to mi się nie chce, ja się boję.


Tomasz Beksiński to postać kultowa, a dla mnie osobiście fenomen i niedościgniony w swej mądrości artysta. Artysta, choć nie tworzył muzyki, a na tym głównie się tutaj skupiamy. Był on jednak prezenterem radiowym, który naszemu społeczeństwu pokazał tak kultowe utwory i zespoły, że nawet teraz, w 14 lat po jego śmierci, często słucham jego audycji i poznaję kolejne muzyczne rewelacje.


Prowadził audycje muzyczne w Radiowej Trójce, był tłumaczem list dialogowych do kultowych filmów (Monty Python, Różowa Pantera czy filmy z Jamesem Bondem), tworzył felietony do czasopism muzycznych oraz…. był naczelnym wampirem RP! A przynajmniej tak go nazywano, a on to lubił (należał do stowarzyszenia wampirów z siedzibą w UK).


Jest dla mnie postacią inspirującą nie tylko ze względu na muzykę, którą prezentował, (a którą możecie posłuchać za pośrednictwem podanych linków) ale też ze względu na jego sposób odbierania rzeczywistości. A jego ciepły głos był, jest i będzie dla wielu symbolem najdoskonalszego wcielenia radiowca. 


Lubił mrok do tego stopnia, że upodobał sobie również ten kiczowaty nieraz, zupełnie nieprofesjonalny klimat starych horrorów wytwórni Hammera (zachęcam do wygooglowania i sprawdzenia o co chodzi). A z innych ciekawostek?
- Nie lubił papierosów do tego stopnia, że w pomieszczeniach, gdzie ktoś palił, chodził w masce przeciwgazowej.
- Przyjaźnił się z wokalistkami zespołów Closterkeller i Fading Colours.
- Przeżył katastrofę lotniczą, a po tym incydencie nigdy już nie wsiadł na pokład samolotu.
- Jego imieniem został nazwany coroczny festiwal muzyki progresywnej odbywający się w Gniewkowie.
- Lubił ostre potrawy. Bardzo ostre! Ostre do tego stopnia, że w restauracjach zamawiał niewyobrażalne ilości przypraw i hot-sosów. Zbierała się wtedy wokół jego stolika grupka kelnerów i patrzyli czy da radę to zjeść. Zawsze się udawało, a wtedy "widownia" biła brawo.
- Wszystkie jego płyty (uwierzcie, że sporo) zostały, zgodnie z testamentem, przekazane Programowi Trzeciemu Polskiego Radia.
- Bardziej chyba kojarzymy jego ojca- Zdzisława – fenomenalnego malarza i grafika, znanego głównie z mrocznego klimatu.


Popełnił samobójstwo w Wigilię Bożego Narodzenia  w 1999r. Dla mnie pozostanie niezrównanym znawcą i propagatorem muzyki pięknej i ambitnej. Posłuchajcie proszę ostatnich słów Tomasza Beksińskiego na antenie radiowej:


sobota, 22 listopada 2014

The Skys & Kontrust

Polski, ale jakże wyrazisty i ważny akcent w obu tych zespołach!

Chciałbym dzisiaj pokazać wszystkim dwa zagraniczne zespoły. Różnią się one znacząco stylem, ale jednak mają parę wspólnych cech. Oprócz tego, że oba tworzą muzykę z gatunku rocka, w każdym z nich wokalistką jest Polka!

Najpierw zacznijmy od The Skys.

The Skys

Litewska muzyka? Daję głowę, że niewielu potrafi wymienić chociaż jeden zespół pochodzący właśnie stamtąd. Zespół? Ba! Nawet pojedynczy utwór nie przychodzi nikomu do głowy! Mam jednak nadzieję, że dzisiaj zapadnie wszystkim w pamięć nazwa The Skys! Stylowo ich muzykę można określić jako neo-progrockową, a gwiazdą, choć nie jedyną, jest tutaj Bożena Buinicka - zasiadająca za klawiszami wokalistka. I choć nie jest to pierwszy wokal w zespole, tworzy jednak wyraziste i niezwykle ważne tło całości. Z resztą nie mam zamiaru wypisywać tutaj szczegółów i innych takich (jak np. obszerna lista nagród z całego świata), posłuchajcie sami!



Drugim zespołem o którym chciałbym napisać jest Kontrust. O nim już nieco głośniej w Polsce, gdyż koncertują tutaj regularnie, a ich muzyka jest o wiele bardziej hmm… łatwa w odbiorze. Jedną z wokalistów (duet) jest tutaj Agata Jarosz – Polka, a ogólnie zespół pochodzi z Austrii. U nas Kontrust zyskał szerszą popularność po występie na Woodstocku w 2011r.  

 
Kontrust


Ja również miałem okazję widzieć ich w akcji na żywo. Bawiłem się świetnie, a energia, jaka płynie ze sceny, jest naprawdę niesamowita i udziela się nawet najbardziej zaschniętym i niezadowolonym z życia malkontentom.

Ich największym przebojem jest „Bomba”:



  

piątek, 7 listopada 2014

Koncert na dużym ekranie: Bjork - „Biophilia”

Bjork to fenomen nie do ogarnięcia. Właściwie to powinien być wpis w całości poświęcony tej artystce, ale kogo by to wtedy zainteresowało? Zatem może zacznę od tego, że pokażę Wam pierwsze nagranie jej autorstwa, jakie ujrzało światło dzienne. Ever! Miała wtedy 11 lat i… była rewelacyjna! Do tego tak słodka, że po każdym przesłuchaniu tego nagrania (coveru Tiny Charles) muszę sobie zaaplikować porządną dawkę insuliny, aby zbić poziom cukru w organizmie.  Więc proszę teraz włączyć poniższy link i czytać dalej.


Do rzeczy!

Niedawno byłem na koncercie owej artystki. Niestety był to koncert na dużym ekranie - nie było tak dobrze, że widziałem i słyszałem ją na żywo. Udało mi się dostać darmową wejściówkę (gdyby nie to, pewnie nie chciałoby mi się jechać taki kawał drogi, żeby pójść do kina). Właściwie to dostałem podwójną wejściówkę, więc zaprosiłem osobę towarzyszącą, która nigdy wcześniej o Bjork nie słyszała. Byłem zatem niezwykle ciekaw jej opinii i pewnie poniekąd dlatego zabrałem ze sobą totalnego laika. Wczułem się też w rolę misjonarza muzycznego i wprowadziłem ją w szczegóły dot. Bjork. Na wstępie powiedziałem tylko, żeby przygotowała się na to, że spektakl z pewnością będzie dziwny.

I był.

Zaskoczył nawet mnie, a przecież znam Bjork i jej twórczość od ładnych paru lat. Wszystko, co pojawiało się na ekranie było zrobione z ogromnie ogromnym (J ) rozmachem! Może pomijając kwestie wizualne i montaż, bo miejscami mnie irytowały, ale wszystko da się przeżyć. No i może ujęcia, choć rzekomo na scenę było skierowane 16 kamer.

Plakat reklamujący spektakl Bjork "Biophilia"

Ale chyba miałem mówić o sensie wybrania się na koncert do kina…

Zatem TAK, polecam każdemu! Nawet, jeśli nie do końca zna lub lubi zespół czy artystę, którego koncert będzie miał okazję obejrzeć. A głównym powodem dlaczego warto się wybrać jest fakt, że będzie to kolejna rzecz, którą zrobicie w swoim życiu i która z pewnością zostanie w Waszej pamięci. W końcu ile można oglądać w kinie filmy przeładowane efektami specjalnymi, ale w gruncie rzeczy nudne? Trzeba zrobić coś szalonego! A w kinie dostajemy jeszcze gwarancję dobrego brzmienia (zakładając, że pójdziemy do porządnego kina z dobrym nagłośnieniem), więc to chyba idealne miejsce do słuchania muzyki.

screen


„Biophilia”, bo właśnie tak nazywał się ów występ, zaprezentował się naprawdę niezwykle. A po zapytaniu osoby, która ze mną się wybrała, dostałem odpowiedź, że czegoś podobnego jeszcze nie widziała i nie słyszała. No i że musi jakiś czas z tym pożyć zanim nabierze konkretnego zdania, bo aktualnie jest w szoku.

Fajnie, ona zapamięta. Ja też.

A jeśli ktoś ma wątpliwości czy wybrać się na podobny seans (z tego, co się orientuję takich „koncertów na dużym ekranie” jest coraz więcej, a ostatnio furorę robi występ Depeche Mode zarejestrowany w Berlinie), to niech za długo się nie zastanawia, tylko poświęci trochę czasu i pieniędzy. Na pewno się nie zawiedzie. A jeśli nawet, to będzie wiedział czego w przyszłości unikać.

screen


Lubię kolekcjonować muzykę, a moje półki uginają się pod stertą płyt. Jednak powinniśmy w życiu gromadzić raczej emocje i doznania, niż fizyczne dobra. Dlatego, jeśli ktoś stoi przed wyborem: koncert w kinie czy DVD oglądane w domu, niech się nie waha i niech pieniądze wyda na coś, czego nie sposób przeżyć w domu.


Postanowiłem jeszcze wkleić zapowiedź „Biophilii”, choć w Polsce raczej żaden seans już się nie odbędzie. Robi wrażenie?